5 sie 2008

sumienie

28 grudnia 2006

mam trochę na sumieniu
niestrawionych okruchów intryg
niewdzięczności
bezczelności
nawet chamstwa
mam duszę diabłami chwil zachrypniętą
zwiedzioną przez miłości anioło-szatana
i przez to coś co cięgle mnie dręczy

ale ciągle byłam sobą
swojej idei wierna - oślepłam
nie było protestów
więc szłam swoje drogą
(ileż to razy jak głupia egoistka)

ta miłość była światem
a reszta - obojętniała w prześwitach
co zdaje mi sie dziwne? - ta reszta mnie zrozumiała
rozumiała mnie nawet gdy po niej deptałam

nikogo nie doceniłam
nikomu nie podziękowałam
a powinnam...

nikt nie mam mi za złe moich ucieczek
smutnych oczu i słów okropnych
nawet tego o czym zapomniałam, a obiecałam

zostało mi wybaczone

uczucie mnie zbawiło
miłość przybita do krzyża
wciąż tląca się i prawdziwa
nie wyrzekam się jej dzisiaj!
ona zasłużyła na to wszystko co ja dziś mam
Ona!, nie ja...
teraz ja chcę na to zasłużyć od nowa
muszę załatać sumienie...

Brak komentarzy: