07 lipca 2008
byliśmy razemna tęczy korowodu zdarzeń
oglądaliśmy wschody spróchniałego Słońca
spoglądaliśmy bez końca za siebie
przed nami...
a teraz odejdę cichutko
jakbyśmy nigdy się nie znali
wcale nie kochali -
serca struna zadrżała z lekka
łza z oka wypłynęła ciepła
dlaczego...
i jeszcze tamto całkiem nowe brzmienie
w snach ponurych żywe płonienie
nici silne
bezradność...
odchodzić nie umiem
przychodzić się boję
kimże ja jestem
okrutna i droga
kochana i znienawidzona
którędy nasza ścieżka
od siebie
do siebie
gdzież są drogowskazy
do szczęścia...
kto powie co czynić
w nierównym
skołowanym
rytmie strasznego, biednego
serca...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz