5 sie 2008

z bez...

07 lipca 2008

byliśmy razem
na tęczy korowodu zdarzeń
oglądaliśmy wschody spróchniałego Słońca
spoglądaliśmy bez końca za siebie

przed nami...

a teraz odejdę cichutko
jakbyśmy nigdy się nie znali
wcale nie kochali -

serca struna zadrżała z lekka
łza z oka wypłynęła ciepła

dlaczego...

i jeszcze tamto całkiem nowe brzmienie
w snach ponurych żywe płonienie
nici silne

bezradność...

odchodzić nie umiem
przychodzić się boję

kimże ja jestem
okrutna i droga
kochana i znienawidzona

którędy nasza ścieżka
od siebie
do siebie


gdzież są drogowskazy
do szczęścia...

kto powie co czynić
w nierównym
skołowanym
rytmie strasznego, biednego
serca...

Brak komentarzy: